Chcąc dowiedzieć się, co respondent myśli o nowości, jaką dla internautów są pożyczki społecznościowe, należy najpierw zapytać, czy respondent byłby zainteresowany inną niż banki, tanią formą pożyczania pieniędzy. Druzgocąca większość odpowiedzi będzie brzmiała „Jasne, że tak. Jestem przeciwnikiem bankowego zadzierania nosa” lub „Każdy sposób jest dobry, żeby zmusić banki do większej dbałości o klienta, jestem na TAK”.
Po przedstawieniu oferty prezentowanej przez serwisy typu SL, reakcje są różne, od entuzjastycznego zdzwienia po konsternację i niepewność, aż po stwierdzenia: „Ok, a gdzie tu haczyk?”. Tymczasem w social lending nie ma haczyków. Idea jest prosta i znalazła już poparcie na całym świecie. Chcesz dostać pieniądze, a ktoś chce Ci je pożyczyć – ma dość banków, boi się nieprzewidywalności giełdy, a chciałby korzystnie zainwestować. Pożyczki społecznościowe wydają się być obiecującą inwestycją. Pozostaje tylko kwestia „Co jeśli nie będą spłacać?”. Znów konsternacja.
Statystyki istniejących serwisów rokują na przyszłość, ale jak długo? Element niepewności ciągle pozostaje. Nikt nie bierze pod uwagę, że tak naprawdę za każdą jednostkę ryzyka, jaką ponosimy, jesteśmy wynagradzani ponadprzeciętną stopą zwrotu. To samo dotyczy giełdy czy nawet banków. Banki są mało ryzykowne, dlatego nie zaproponują więcej niż 6% nominalnie w skali roku, co po odliczeniu podatku daje 4,86%. Pożyczki społecznościowe dają możliwość zarobienia 21% nominalnie w skali roku, co jest obciążone relatywnie większym ryzykiem. Dla pożyczkobiorców to idealna propozycja, bezkonkurencyjna i dużo bardziej wygodna niż odwiedzanie zatłoczonych oddziałów bankowych, dla inwestorów – to alternatywna inwestycja dostarczająca pewnego rodzaju emocji.
W kogo zainwestować, żeby zarobić najwięcej i najszybciej? Te i inne dylematy towarzyszą inwestowaniu w pożyczki społecznościowe.